Głos Wągrowiecki  (Nr 45, 7.11.2008 r.)

Mariusz Kutka

 

W obliczu cierpienia i bólu pojawiają się w nas zarówno najszlachetniejsze uczu­cia, jak i te, których powinniśmy się wstydzić. Lekarze Oddziału Opieki Długo­terminowej i Paliatywnej wągrowieckiego szpitala pamiętają staruszkę, która po wypisaniu nie miała gdzie wracać, bo... rodzina sprzedała jej mieszkanie. Ale w pamięci mają też pacjenta z połowicznym udarem mózgu, który zaciskał zęby z bólu i ćwiczył, aby wyzdrowieć.

Podanie ręki lepsze od tabletki

 

Troszkę na uboczu, za szpitalem, otoczony drzewami, kilka kroków od hospicjum, mieści się Oddział Opieki Długoterminowej i Palia­tywnej wągrowieckiego szpitala. Najsmutniejszy z oddziałów. Stąd odchodzi najwięcej pacjentów.

 

SAMOTNOŚĆ GORSZA OD CHOROBY

Czy starsi ludzie są pogodzeni z ostatecznym? - U niektórych widzę walkę, chęć życia, niekiedy jest tylko rezygnacja i wyczekiwa­nie na śmierć - wyjaśnia Leszek Buraczyk, lekarz prowadzący na oddziale. Pacjenci leżą tu długimi tygodniami. Niektórych nikt nie odwiedza. Zmagają się nie tylko z chorobą, , ale i samotnością. - Trudniej jest leczyć takie osoby, okazuje się, że wsparcie rodziny ma bardzo duże znaczenie. Pacjenci są bar­dziej pogodni i łatwiej się ich leczy - mówi spokojnie internista..

Na oddziale jest 40 łóżek, a ulgę niesie im tylko kilka pielęgniarek. Dlatego tak ważny jest udział ro­dziny. To trudny oddział. Często pacjenci dzwonią po pielęgniarki: nieraz z bólu, czasem przez miaż­dżycę lub chcą mieć kogoś obok siebie do porozmawiania.

Niektóre powroty do domów są wyjątkowo smutne, zwłaszcza gdy chory dowiaduje się, że zamiast do domu jedzie do domu opieki społecznej.  Czasami można odnieść wrażenie, że niektórzy ludne są niepotrzebni. Może brzmi to zbyt mocno. Pojawiają się rodziny, które na łożu chorego załatwiają sprawy spadkowe lub majątkowe. Pamiętam sytuację, gdy nagle okazało się, że staruszka nie ma dokąd wrócić, bo jej mieszkanie zostało sprzedane przez rodzinę - mówi doktor L. Buraczyk.

 

NIE TRAĆMY NADZIEJI

Ale są tu i wzniosłe chwile. Lekarz pamięta nieprzytomnego pacjenta po połowicznym udarze, który walczył o powrót do zdrowia przy wsparciu rodziny i dzięki swojemu uporowi... żyje. Zaciskał zęby z bólu, ale nie poddawał się i dalej ćwiczył.  Z tego co wiem, dziś chodzi i dorabia na pół etatu - przypomina sobie L. Buraczyk.

Rodziny chorych zachowują się różnie. Niektórzy starają się dowie­dzieć jak najwięcej, uczestniczyć w leczeniu, być z chorym. - Naszą pracę doceniają najczęściej ci, którzy sami opiekowali się chorym w domu - dopowiada L. Buraczyk. Są i tacy, którzy podchodzą do wszystkiego pretensjonalnie: „Bo w Berlinie to leczą lepiej i lepiej się chorym opiekują!".